Witowy Most. Rodzina Gładków została bez dachu nad głową w środku zimy

2012-01-26 10:53:47 (ost. akt: 2012-01-26 11:05:34)

Sześcioosobowa rodzina Gładków z miejscowości Witowy Most (gm. Baranowo) została bez dachu nad głową. Jednorodzinny, drewniany dom, świeżo po remoncie, nie nadaje się do zamieszkania. Dach i strych spłonęły w pożarze, który wybuchł 18 stycznia. Resztę pomieszczeń, podczas akcji gaśniczej, zalała woda. Pogorzelców w potrzebie nie zostawiła rodzina, sąsiedzi i władze gminy. Ale to kropla w morzu potrzeb. Dlatego liczymy na ofiarność naszych Czytelników, którzy jeszcze nigdy nas nie zawiedli.

Witowy Most. Rodzina Gładków została bez dachu nad głową w środku zimy

Autor: Maria Kuzia

Pechowy dla rodziny Gładków z Witowego Mostu dzień 18 stycznia najwcześniej rozpoczęła Danuta Gładek, matka właściciela domu. – Wstałam o 5.20 i rozpaliłam ogień w piecu, jak zawsze – kobieta wspomina z płaczem środowy poranek. – Było wcześnie, więc położyłam się jeszcze do łóżka i odmówiłam różaniec, potem chyba zasnęłam. Obudził mnie dziwny trzask, tak jakby pękła butelka, potem drugi. Wkrótce usłyszałam dramatyczny krzyk Jacka – szlocha.

Pożar zerwał
ich z łóżek

Dym w mieszkaniu poczuł, syn pani Danuty - Jacek Gładek. – Była 6.20, kiedy poszedłem do kuchni wstawić wodę na kawę – opowiada. – Poczułem gryzący dym, zajrzałem do kotłowni, a tam było już czarno.

Mężczyzna otworzył drzwi, aby wywietrzyć pomieszczenie i wybiegł na dwór. Wtedy zauważył, że zewnętrzna ściana przybudówki stoi już w ogniu. – Palimy się! –krzyknąłem i pobiegłem do żony.

Władysław Gładek, ojciec pana Jacka, jeszcze spał, ale kiedy usłyszał krzyki błyskawicznie zerwał się z łóżka.

– Od razu poczułem dym, ubrałem się szybko, tylko nie mogłem znaleźć butów i zebrać myśli – przyznaje. Ale to trwało chwilę, bo zaraz chwycili wiadra i zaczęli walkę z żywiołem. Na pomoc przybiegli też sąsiedzi. Klaudia, starsza córka Pana Jacka, wezwała straż pożarną.

Czego nie zabrał ogień,
zalała woda

Płomienie ogarnęły kotłownię i strych. Tam zniszczenia są największe. Pozostałe pomieszczenia, których ogień nie strawił, zalała woda.

– Ściany wchłonęły ogromne ilości wody i pękają, odpadają płyty gipsowo-kartonowe, to wszystko trzeba rozebrać – ocenia jeden z sąsiadów, który następnego dnia przyszedł pomagać w porządkowaniu pogorzeliska. – Gdyby straż przybyła wcześniej, nie doszłoby do takich zniszczeń – dodaje drugi. – Przyjechało ich tylko kilku, hydrant był zamarznięty, zabrakło im wody.

Przełom w akcji ratowniczej, jego zdaniem, nastąpił, gdy na miejscu pożaru pojawiła się straż z Ostrołęki. Wielu sąsiadów uważa, że zniszczenia mogły być mniejsze, gdyby do akcji gaśniczej użyto innych niż woda, środków. Zarzuty te odpiera Robert Chodkowski, rzecznik prasowy ostrołęckich strażaków.

– Pożar zgłosiła o godz. 6. 38 osoba postronna, pierwsza na miejsce zdarzenia, o godz. 7.04, dotarła jednostka OSP Baranowo – relacjonuje rzecznik Chodkowski. – Udział w akcji wzięły 2 pojazdy gaśnicze z Ostrołęki (7 strażaków), 1 pojazd OSP Baranowo (6 strażaków), 2 pojazdy z OSP Nowa Wieś (6 strażaków) oraz pojazd gaśniczy OSP Rżaniec.

Co do wyboru środka gaśniczego, rzecznik mówi krótko. – Istnieją inne środki gaśnicze, m.in. piany czy proszki, ale nie są one powszechnie stosowane do zewnętrznego gaszenia budynków – tłumaczy. – Przy pożarze zewnętrznym panuje wysoka temperatura, a woda jest środkiem gaśniczym o wysokim stopniu chłodzenia, bardzo dobrej penetracji i dużym zasięgu, co stanowi o skuteczności działań.

Sąsiedzi przybiegli
z pomocą

Wieść o pożarze lotem błyskawicy obiegła małą wieś. Jako pierwsi z pomocą przybiegli Marzena i Krzysztof Ścięgajowie. – Gdyby nie oni, to wszystko by się spaliło – mówi z płaczem Danuta Gładek. – To oni odłączyli i wynieśli dwie butle z gazem, a potem razem z innymi ratowali, co tylko się dało – opowiada kobieta.

Na miejsce pożaru wciąż przybywali inni mieszkańcy. – Wszyscy pomagali, nawet kobiety i dzieci przenosiły sprzęty w bezpieczne miejsca chroniąc od ognia czy zalania wodą – przyznaje Janina Białczak, sołtys wsi. W ten sposób uratowano meble, sprzęt AGD, odzież. Pani sołtys zapewnia, że to nie koniec pomocy ze strony wsi. – Niech tylko powiedzą kiedy i w czym pomóc, a nikt nie odmówi – zapewnia.

Dom nie był
ubezpieczony

Dzień po pożarze odwiedziliśmy rodzinę Gładków. Pan Władysław był na podwórku, oglądał pogorzelisko. – Syn zawiózł synową do szpitala, bo na dziś ma termin porodu, wnuczki są u kuzynów, a żona – nie może się pozbierać po tej tragedii – wyjaśnia mężczyzna, z trudem powstrzymując łzy.

Władysław i Danuta Gładkowie mieszkali pod jednym dachem z synem, synową i dwiema wnuczkami, uczennicami gimnazjum. Niedawno wyremontowali ten dom, wymienili podłogi, ściany, sufity, okna i drzwi.

– Wzięliśmy na ten remont kredyt i będziemy go spłacać do sierpnia, co teraz zrobimy, nie wiem – martwi się pan Władysław. Nie mogą liczyć na odszkodowanie, bo dom nie był ubezpieczony. – Oboje z żoną żyjemy tylko z jej emerytury, a i młodym ciężko, syn pracuje dorywczo, a pensja synowej na wszystko nie starczy.

W rodzinie
znaleźli wsparcie

– Na szczęście nikt nie ucierpiał, a dom bratu powoli odbudujemy – mówi Leszek Gładek, brat pana Jacka. Prace ruszyły już trzy dni po tragedii. W sobotę rano, mimo chłodu i śniegu, na miejscu pożaru pracowało kilkanaście osób.

– To moi bracia: Sławek i Leszek, siostry i szwagrowie, teść, kuzyni – wymienia Jacek Gładek. Rodzeństwo pomaga bratu w nieszczęściu. – Żyjemy skromnie, finansowo nie możemy mu pomóc, ale do pracy przy odbudowie domu stawimy się jak jeden mąż – zapewnia Iwona Jażdżyk z Ostrołęki, siostra.

Pani Danuta i pan Władysław zamieszkali u syna Leszka. Dla rodziny pana Jacka swój dom oddali do dyspozycji znajomi z Grabówka (gm. Olszewo-Borki). Beata i Mirosław Opletal mieszkają teraz na Śląsku, a ich dom stoi pusty. – Zaproponowali nam nieodpłatnie, żebyśmy w nim zamieszkali i powoli remontowali swój – mówi wzruszona pani Sylwia, która mimo zaawansowanej ciąży przyjechała na pogorzelisko.

– Sąsiedzi zapewniają, że pomogą nam w pracy, mamy swoje drzewo na więźbę dachową, ale to kropla w morzu potrzeb – martwi się pani Danuta. – Rodzina może liczyć na 1000 - 1500 zł pomocy finansowej z gminy – zapewnił Henryk Toryfter, wójt gminy Baranowo. W baranowskiej opiece społecznej, po rozmowie z Jackiem Gładkiem, zapadły wstępne decyzje. – Ustaliliśmy, że rodzina wkrótce otrzyma jednorazowy zasiłek, a kiedy rozpoczną remont, po okazaniu faktur, mogą liczyć na zasiłki celowe – mówi Maria Daniszewska, kierownik GOPS-u.

POMOC POGORZELCOM
Rodzinie potrzebne jest wsparcie w każdej postaci, nie tylko finansowe. Potrzebują pokrycia dachu, materiałów budowlanych, okien, drzwi, elementów instalacji elektrycznej oraz grzewczej, aby osuszać ściany i zabezpieczyć budynek przed śniegiem czy deszczem. Apelujemy do naszych Czytelników, jeśli ktoś chciałby pomóc tej rodzinie, prosimy o kontakt z redakcją.


Maria Kuzia


Komentarze 1 pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj swój komentarz

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

  1. xxx #533157 | 95.49.*.* 28-01-2012 12:37

    moniek, trochę rozsądku. zastanów się, to nie będzie bolało, który budynek po pożarze i "akcji ratowniczej " nadaje się do ...zamieszkania?

    ! - + odpowiedz na ten komentarz